Obserwowa�em Randoma pami�taj�c, jakim doskona�ym jest pokerzyst�. Patrz�c w jego twarz nie wiedzia�em, czy k�amie, a je�li tak, to czy ca�kowicie, czy cz�ciowo. Tyle samo m�g�bym si� dowiedzie�, przygl�daj�c si� g�bie waleta, powiedzmy: karo. Zreszt�, to te� by� �adny akcent. W ca�ej tej historii by�o wiele szczeg��w, nadaj�cych jej pozory prawdopodobie�stwa.
      - Parafrazuj�c Edypa, Hamleta, Leara i ca�� reszt�, �a�uj�, �e wcze�niej o tym nie wiedzia�em.
      - Po raz pierwszy mia�em okazj�, by ci to wszystko opowiedzie�.
      - Fakt - przyzna�em. - Niestety, sprawy nie tylko nie sta�y si� przez to �atwiejsze, ale skomplikowa�y si� jeszcze bardziej. Zreszt�, nie jest to takie trudne. Siedzimy nad czarn� drog�, biegn�c� a� do st�p Kolviru. Prowadzi przez Cie� i r�ne stwory dotar�y ni� a� tutaj, by zaatakowa� Amber. Nie znamy charakteru mocy, kt�ra j� stworzy�a, ale jest nam w oczywisty spos�b wroga i ro�nie w si��. Od pewnego czasu czuj� si� winny jej istnienia, poniewa� jest chyba zwi�zana z moj� kl�tw�.
      Owszem, rzuci�em na nas kl�tw�. Ale kl�twa czy nie kl�twa, wszystko ko�czy si� na rzeczach materialnych, z kt�rymi trzeba walczy�. I to w�a�nie zrobimy. Natomiast od tygodnia usi�uj� odgadn��, jak� rol� odegra�a w tym wszystkim Dara. Kim naprawd� jest? Czym jest? Dlaczego tak jej zale�a�o na przej�ciu Wzorca? I w jaki spos�b zdo�a�a tego dokona� i ta jej ostatnia gro�ba...
      "Amber b�dzie zniszczony", powiedzia�a. To chyba nie przypadek, �e zdarzy�o si� to w tym samym czasie, co atak od strony czarnej drogi. Moim zdaniem, nie mamy do czynienia z niezale�nymi ni�mi, lecz ze strz�pami tej samej tkaniny. A wszystko wi��e si� z tym, �e gdzie� w Amberze jest zdrajca... zab�jstwo Caine'a, te notki...
      Kto� tutaj albo wspomaga zewn�trznego wroga, albo sam stoi za tym wszystkim. A teraz jeszcze skojarzy�e� te sprawy ze znikni�ciem Branda, poprzez tego przyjemniaczka - pchn��em trupa nog�. - Mam wra�enie, �e �mier� czy nieobecno�� taty te� si� z tym wi��e. W tym jednak przypadku mamy do czynienia z szeroko zakrojonym spiskiem, gdzie kolejne szczeg�y dopracowywano przez ca�e lata.
      Random zbada� zawarto�� szafki w rogu i wyj�� z niej butelk� i dwa kielichy. Nape�ni� je, poda� mi jeden, po czym wr�ci� na swoje miejsce. Wznie�li�my cichy toast za bezowocne wysi�ki.
      - Intrygi - zauwa�y� - to g��wna rozrywka i spos�b zabijania czasu w naszej okolicy, a wszyscy maj� mn�stwo wolnego czasu. Sam wiesz. Jeste�my za m�odzi, by pami�ta� braci Osrica i Frondo, kt�rzy zgin�li w obronie Amberu. Ale rozmawiaj�c z Benedyktem
odnios�em wra�enie...
      - Owszem - przytakn��em. - �e nie ograniczyli si� do marze� o tronie i ich bohaterska �mier� dla Amberu sta�a si� konieczna. Te� o tym s�ysza�em. Mo�e to prawda, mo�e nie. Nigdy nie b�dziemy pewni. Ale tak, to s�uszne spostrze�enie, cho� niemal oczywiste. Nie w�tpi�, �e by�y ju� wcze�niej takie pr�by. I nie s�dz�, by niekt�rzy z nas nie byli do tego zdolni. Ale kto? Dop�ki si� nic dowiemy, przeciwnik ma przewag�. Ka�dy ruch, jaki wykonamy na zewn�trz, b�dzie skierowany przeciwko r�ce, nie g�owie bestii. Podejrzewasz kogo�?
      - Corwinie - rzek�. - Szczerze m�wi�c, potrafi�bym uzasadni� udzia� ka�dego, nawet m�j w�asny, cho� by�em wi�niem i w og�le. Wi�cej nawet, by�aby to znakomita os�ona. Odczuwa�bym szczer� rozkosz, wygl�daj�c na zupe�nie bezradnego, a w istocie poci�gaj�c za sznurki i zmuszaj�c pozosta�ych, by ta�czyli, jak im zagram. Ka�dy z nas by to zrobi�. Wszyscy mamy swoje motywacje, swoje ambicje. Przez lata mogli�my przygotowa� to, co potrzebne. Nie, szukanie podejrzanych do niczego nas nie doprowadzi. Ka�dy b�dzie pasowa�. Pomy�lmy raczej, czym powinien si� charakteryzowa� taki osobnik, poza motywami i mo�liwo�ciami. Przyjrzyjmy si� u�ytym metodom.
      - Bardzo dobrze, Zaczynaj.
      - Kto� z nas wie o Cieniu wi�cej od pozosta�ych, zna wszystkie wej�cia i wyj�cia, wie co, jak i dlaczego - Ma te� sprzymierze�c�w, zwerbowanych daleko st�d. Taki zestaw przygotowa� przeciwko Amberowi. Oczywi�cie, przygl�daj�c si� komu� nie mo�na stwierdzi�, czy posiada tego typu wiedz� i umiej�tno�ci. Zastan�wmy si� jednak, gdzie m�g� je zdoby�. Mo�liwe, �e zwyczajnie dowiedzia� si� czego� w Cieniu, na w�asn� r�k�. M�g� te� studiowa� tutaj, gdy Dworkin �y� jeszcze i ch�tnie udziela� lekcji.
      Wpatrzy�em si� w sw�j kielich. Dworkin nadal m�g� �y�. To on dostarczy� mi �rodk�w do ucieczki z loch�w Amberu... jak dawno temu? Nikomu o tym nie powiedzia�em i nie mia�em zamiaru m�wi�. Przede wszystkim, Dworkin by� zupe�nie szalony i pewnie dlatego w�a�nie tato go uwi�zi�. Poza tym zademonstrowa� mi rzeczy, kt�rych nie rozumia�em, a to mnie przekona�o. �e mo�e by� bardzo niebezpieczny. Mimo to odnosi� si� do mnie przyja�nie, gdy mu si� przypomnia�em i troch� pochlebi�em. Gdyby �y� to przy odrobinie cierpliwo�ci potrafi�bym sobie z nim poradzi�. Dlatego trzyma�em ca�� t� spraw� w tajemnicy jako potencjaln� tajn� bro�. Nie by�o powod�w, by w�a�nie teraz zmienia� decyzj�.
      - Brand cz�sto si� przy nim kr�ci� - wreszcie zrozumia�em. do czego zmierza� Random.
      - Interesowa� si� takimi rzeczami.
      - Ot� to - potwierdzi�. - I wiedzia� wi�cej ni� my, skoro potrafi� przes�a� wiadomo�� bez Atutu.
      - My�lisz, �e dogada� si� z obcymi, otworzy� im drog� do Amberu, a kiedy go odwiesili, �eby wysech�, zrozumia�, �e ju� go nie potrzebuj�?
      - Niekoniecznie. Chocia� to mo�liwe. Ale moim zdaniem by�o inaczej i nie przecz�, �e jestem sk�onny raczej broni� Branda: uwa�am, �e dowiedzia� si� dostatecznie du�o, by wykry�, �e kto� robi co� dziwnego w zwi�zku z Atutami, Wzorcem albo przylegaj�cym
do Amberu obszarem Cienia. Potem si� wygada�. Mo�e nie doceni� winnego i sam pr�bowa� go pokona�, zamiast si� zwr�ci� do taty albo Dworkina. Co potem? Przest�pca zwyci�y� go i uwi�zi� w tej wie�y. Albo ceni� Branda i dlatego go nie zabi�, albo zamierza� go jako� wykorzysta�.
      - Owszem, to brzmi prawdopodobnie - stwierdzi�em. Doda�bym jeszcze "i �wietnie pasuje do twojej historii", by potem obserwowa� jego twarz pokerzysty, gdyby nie pewna sprawa. Kiedy by�em u Bleysa, przed naszym atakiem na Amber, bawi�em si� Atutami i wszed�em w kr�tkotrwa�y kontakt z Brandem. Wyczu�em zagro�enie, uwi�zienie, po czym kontakt zosta� zerwany.
      Opowie�� Randoma pasowa�a, przynajmniej do tego momentu. Dlatego te� powiedzia�em:
      - Je�li Brand potrafi wskaza� palcem, musimy go tu �ci�gn�� i sk�oni� do wskazywania.
      - Mia�em nadziej�, �e to powiesz - odpar� Random. - Nie lubi� zostawia� takich spraw niedoko�czonych.
      Wsta�em, podnios�em butelk� i nala�em nam obu. Wypi�em troch�. Zapali�em papierosa.
      - Zanim si� do tego zabierzemy - mrukn��em - musz� pomy�le�, jak powiedzie� wszystkim o Cainie. Nawiasem m�wi�c, gdzie jest Flora?
      - Chyba w mie�cie. By�a tu rano. Je�li chcesz, to ci j� znajd�.
      - Znajd�. O ile wiem, tylko ona widzia�a tych facet�w, kiedy wdarli si� do jej domu w Westcbester. Przyda si�, �eby potwierdzi�a, jacy s� paskudni. Chcia�em te� zada� jej kilka pyta�.
      Dopi� wino i wsta�.
      - Dobrze. Zajm� si� tym od razu. Gdzie mam j� przyprowadzi�?
      - Do moich pokoi. Gdybym jeszcze nie wr�ci�, zaczekajcie.
      Skin�� g�ow�. Wsta�em i odprowadzi�em go na korytarz.
      - Masz klucz do tego saloniku? - spyta�em.
      - Wisi na haku.
      - Wi�c lepiej we� go i zamknij drzwi. Kto� m�g�by znale�� zw�oki przed czasem.
      W�o�y� klucz do zamka, przekr�ci� i odda� mi. Poszed�em z nim do pierwszego podestu. Zszed� na d�, a ja ruszy�em do swojej kwatery.
      Wyj��em z sejfu Klejnot Wszechmocy, rubinowy wisior, za pomoc� kt�rego tato i Eryk sterowali pogod� w okolicach Amberu. Przed �mierci� Eryk zdradzi� mi procedur� dostrojenia go do mojej osoby. Do tej pory nie mia�em czasu, a teraz w�a�ciwie te� nie. Jednak rozmawiaj�c z Randomem doszed�em do wniosku, �e musz� znale�� woln� chwil�. Odszuka�em notatki Dworkina pod kamieniem przy kominku Eryka - o tym te� mi powiedzia� w ostatniej chwili �ycia. Chcia�bym jednak wiedzie�, sk�d je wzi��, poniewa�, nie by�y kompletne.
      Wyj��em je z sejfu i przejrza�em jeszcze raz. Potwierdza�y instrukcje Eryka co do operacji dostrajania. Wynika�o z nich jednak, �e Klejnot m�g� by� wykorzystany na inne sposoby, a sterowanie fenomenami meteorologicznymi by�o niemal przypadkow�, cho� efektown� demonstracj� zbioru regu�, na kt�rych opiera�o si� funkcjonowanie Wzorca i Atut�w oraz fizyczna integralno�� samego Amberu, w odr�nieniu od Cienia.
      Niestety, brakowa�o szczeg��w. Im g��biej jednak szuka�em w pami�ci, tym wi�cej znajdowa�em zdarze� potwierdzaj�cych t� tez�. Tato niezwykle rzadko u�ywa� Klejnotu i chocia� zawsze m�wi� o nim jako o urz�dzeniu steruj�cym pogod�, to pogoda nie zawsze si� zmienia�a, kiedy mia� go przy sobie. Cz�sto te� zabiera� go na te swoje wycieczki. Dlatego sk�onny by�em uwierzy�, �e Klejnot mia� wi�ksz� moc. Eryk pewnie te� tak s�dzi�, ale nie zdo�a� odkry� innych zastosowa�. Po prostu wykorzysta� kamie� w spos�b najbardziej oczywisty podczas naszego z Bleysem ataku na Amber i powt�rzy� to w zesz�ym tygodniu, gdy niezwyk�e stwory naciera�y od czarnej drogi. W obu przypadkach Klejnot dobrze mu si� przys�u�y�, cho� nie ocali� �ycia. Dlatego lepiej, �ebym si� nauczy� go u�ywa�. Ka�da dodatkowa przewaga mog�a mie� znaczenie. Poza tym dobrze si� stanie, je�li b�d� mnie widzie� z Klejnotem na szyi. Zw�aszcza teraz.
      Od�o�y�em papiery do sejfu, a Klejnot schowa�em do kieszeni. Potem wyszed�em z pokoju i zbieg�em na d�. Znowu przemierza�em korytarze czuj�c si� tak, jakbym nigdy st�d nie odchodzi�. Tu by� m�j dom. O tym marzy�em. Teraz ja by�em jego obro�c�. Nie nosi�em korony, ale wszystkie jego problemy sta�y si� moimi.
      C� za ironia. Wr�ci�em, by wydrze� Erykowi w�adz�, odebra� majestat, panowa�. I nagle wszystko zaczyna�o si� sypa�. Szybko zrozumia�em, �e Eryk zachowa� si� nieprawid�owo. Je�li to on za�atwi� tat�, nie mia� prawa do tronu. Je�li nie, to jego dzia�anie by�o przedwczesne.
      Tak czy inaczej, koronacja pos�u�y�a jedynie dla podniesienia jego - i tak ju� wyg�rowanego - mniemania o sobie. Co do mnie, to chcia�em tronu i wiedzia�em, �e potrafi� go zdoby�. Powstrzymywa�a mnie przed tym odpowiedzialno�� - w ko�cu moi �o�nierze kwaterowali w Amberze, wkr�tce mia�y spa�� na mnie podejrzenia o zab�jstwo Caine'a, dowiedzia�em si� w�a�nie o pierwszych oznakach fantastycznej intrygi, a w dodatku wci�� istnia�a mo�liwo��, �e tato �yje. Kilkakrotnie mia�em wra�enie, �e pr�buje nawi�za� kontakt, a raz nawet, par� lat temu, �e potwierdza moje prawo do sukcesji.
      Jednak tyle ostatnio zdarzy�o si� oszustw i mistytikacji, �e sam nie wiedzia�em, w co wierzy�. Nie abdykowa�. A ja by�em ranny w g�ow� i a� za dobrze pojmowa�em w�asne pragnienia. M�zg to zabawne miejsce. Nawet w�asnym szarym kom�rkom nie m�g�bym zaufa�. Czy to mo�liwe, �e w�a�nie ja to wszystko zorganizowa�em?
      Wiele si� zdarzy�o, odk�d st�d znikn��em. Oto cena nale�enia do rodu Amber: nie mo�na ufa� nawet samemu sobie. Zastanawia�em si�, co powiedzia�by Freud. Wprawdzie nie potrafi� uleczy� mojej amnezji, ale kilka razy znakomicie trafi� zgaduj�c, jaki by� m�j ojciec i jakie panowa�y mi�dzy nami stosunki. Wtedy nie zdawa�em sobie z tego sprawy. Chcia�bym jeszcze kiedy� z nim porozmawia�.
      Przeszed�em przez marmurow� jadalni�, by zag��bi� si� w mroczny korytarz. Skin��em g�ow� stra�nikowi i zbli�y�em si� do drzwi. Przekroczy�em pr�g, wszed�em na podest, ruszy�em dalej, w d�. Niesko�czon� spiral� schod�w, wiod�c� do wn�trza Kolviru. Schodzi�em. Tu i tam p�on�y �wiat�a. Dalej by�a ciemno��.
      Gdzie� po drodze wyda�o mi si�, �e r�wnowaga uleg�a zmianie i teraz nie dzia�a�em ju�, a by�em zmuszany do dzia�ania. Pop�dzany. I ka�dy ruch nieuchronnie prowadzi� do nast�pnego. Kiedy to si� zacz�o? Mo�e trwa�o od wielu lat i dopiero teraz zda�em sobie z tego spraw�. Mo�e wszyscy byli�my ofiarami, cho� nie�wiadomymi sposobu i stopnia uzale�nienia. Znakomita po�ywka dla ponurych my�li. Gdzie teraz jeste�, Sigmundzie? Chcia�em kiedy� - i chc� nadal - by� kr�lem. Bardziej ni� czegokolwiek innego. Im wi�cej jednak wiedzia�em, im wi�cej my�la�em o tym, czego si� dowiedzia�em, tym bardziej wszystkie moje posuni�cia przypomina�y szachowe otwarcie kr�lewskim pionem.
      Poj��em, �e to uczucie towarzyszy mi od pewnego czasu, coraz silniejsze, i �e wcale mi si� ono nie podoba. Ale przecie�, pocieszy�em sam siebie, �adna istota �yj�ca nie potrafi si� ustrzec od b��d�w. Je�li wra�enia odpowiada�y rzeczywisto�ci, to z ka�dym d�wi�kiem dzwonka m�j osobisty Paw�ow coraz bardziej zbli�a� si� do mych k��w. Czu�em, �e ju� nied�ugo nadejdzie pora i znajdzie si� bardzo blisko. I wtedy dopilnuj�, by ju� nie odszed� i by nigdy nie powr�ci�.
      Obr�t, obr�t, dooko�a i w d�, �wiat�o tu, �wiat�o tam, moje my�li jak nici na szpulce, zwijaj�ce si� lub rozwijaj�ce, trudno powiedzie�. Pode mn� zgrzyt metalu o kamie� - pochwa miecza wstaj�cego wartownika. Zmarszczka blasku z uniesionej latarni.
      - Ksi��� Corwin...
      - To ja, Jamie.
      Na samym dole zdj��em z p�ki latarni�, zapali�em j�, odwr�ci�em si� i ruszy�em w stron� tunelu, krok po kroku spychaj�c ciemno�� z mej drogi. Wreszcie tunel. Wi�c dalej, w g��b, licz�c boczne korytarze. Szuka�em si�dmego. Echa i cienie. Ple��
i kurz.
      Wreszcie jest. Zakr�t. Ju� niedaleko.
      W ko�cu wielkie, ciemne, okute �elazem drzwi. Otworzy�em je i pchn��em mocno. Zgrzytn�y, stawi�y op�r, wreszcie odsun�y si� do wn�trza.
      Postawi�em latarni� wewn�trz, po prawej stronie. Nie by�a mi ju� potrzebna. Wzorzec dawa� do�� �wiat�a dla tego, po co tu przyby�em.
      Przez chwil� obserwowa�em Wzorzec - l�ni�c� pl�tanin� krzywych linii w g�adkiej czerni pod�ogi, kpi�cych z oczu, co pr�bowa�yby wy�ledzi� ich bieg. Dawa� w�adz� nad Cieniem, pozwoli� mi odzyska� wi�kszo�� wspomnie�. I zniszczy�by mnie natychmiast, gdybym spr�bowa� niew�a�ciwej drogi. Dlatego l�k przy�miewa� nieco wspania�e perspektywy, jakie ten widok przede mn� roztacza�. Wzorzec by� pradawnym i tajemniczym dziedzictwem rodziny, a nale�ne mu miejsce znajdowa�o si� w�a�nie tutaj, w podziemiach.
      Przeszed�em do rogu, gdzie rozpoczyna� si� labirynt. Tam uspokoi�em umys�, rozlu�ni�em mi�nie i postawi�em lew� stop� na Wzorcu. Nie zatrzymuj�c si� ani na chwil�, ruszy�em naprz�d czuj�c, jak pr�d przep�ywa przez moje cia�o. B��kitne iskry trysn�y wok� but�w.
      Kolejny krok. Tym razem rozleg� si� wyra�ny trzask i poczu�em op�r. Zatoczy�em p�tl�, zmuszaj�c si� do po�piechu, pragn�c mo�liwie szybko dotrze� do Pierwszej Zas�ony. Gdy j� osi�gn��em, poczu�em mrowienie we w�osach, a iskry sta�y si� d�u�sze i bardziej jaskrawe.
      Op�r narasta�. Ka�dy krok wymaga� wi�kszego wysi�ku ni� poprzedni. Trzaski by�y coraz g�o�niejsze, a pr�d bardziej intensywny. W�osy sta�y mi d�ba; strz�sa�em z palc�w iskry. Nie spuszcza�em wzroku z p�on�cej linii i napiera�em bez przerwy.
      Nagle op�r usta�. Zachwia�em si�, ale szed�em dalej. Min��em Pierwsz� Zas�on� i jak zawsze tutaj, ogarn�o mnie poczucie spe�nienia. Wspomnia�em poprzednie przej�cie, w Rebmie, mie�cie pod powierzchni� morza. Zako�czony w�a�nie etap by� pocz�tkiem powrotu mej pami�ci. Tak. Par�em dalej, iskry wybuch�y od nowa i rozbudzi�y si� pr�dy. Czu�em mrowienie w ca�ym ciele.
      Druga Zas�ona... Zakr�ty... Ten etap zawsze wymaga� najwy�szego wysi�ku, przemiany ja�ni w czyst� Wol�. Wra�enie by�o niesamowite i pot�ne. W tej chwili liczy�o si� dla mnie tylko pokonanie Wzorca. Zawsze by�em w tym miejscu, walczy�em, nigdy nie odchodzi�em i nie odejd�, stawiaj�c swoj� wol� przeciw temu labiryntowi mocy. Czas przesta� istnie�. Pozosta�o tylko napi�cie.
      Iskry si�gn�y mi do piersi. Wkroczy�em na Wielki �uk i walczy�em o ka�dy krok. Rozpada�em si� bez przerwy i odradza�em na ka�dym metrze jego d�ugo�ci, przypiekany ogniami stworzenia, ch�odzony mrozem entropijnego ko�ca �wiata.
      Na zewn�trz i w g��b, i obr�t. Jeszcze trzy skr�ty, kawa�ek prostej, kilka �uk�w. Zawr�t glowy, wra�enie zanikania i intensyfikacji, jakbym oscylowa� wok� granicy istnienia. Zwrot za zwrotem, za zwrotem, za zwrotem... Kr�tki, ciasny �uk... Prosta, wiod�ca do Ko�cowej Zas�ony... Przypuszczam, �e dysza�em wtedy ze zm�czenia i ocieka�em potem. Z trudem przesuwa�em stopy. Iskry si�ga�y do ramion, potem do oczu - przesta�em widzie� Wzorzec mi�dzy mrugni�ciami. Jasno, ciemno, jasno, ciemno... I Zas�ona. Pchn��em do przodu praw� stop� rozumiej�c, jak musia� si� czu� Benedykt, gdy czarna trawa uwi�zi�a jego nogi. Tu� przed tym, jak go og�uszy�em. Sam czu�em si� og�uszony. Lewa stopa do przodu - bardzo wolno, a� trudno by�o uwierzy�, �e naprawd� si� poruszy�a. Ramiona by�y b��kitnym p�omieniem, nogi kolumnami ognia. Nast�pny krok. I nast�pny. I jeszcze jeden.
      Czu�em si� jak o�ywiony pos�g, topniej�cy ba�wan, jak p�kaj�cy filar... Dwa kroki... Trzy... Sun��em w tempie lodowca, ale mia�em do dyspozycji ca�� wieczno�� i niezmienn� sta�o�� woli, kt�ra zostanie doceniona...
      Min��em Zas�on�. Za ni� czeka� ostry skr�t. Trzy kroki, by go pokona� i dotrze� do ciemno�ci i spokoju. Najgorsze ze wszystkiego.
      Przerwa na kaw� dla Syzyfa! Tak brzmia�a moja pierwsza my�l, gdy opu�ci�em Wzorzec. I druga: Zn�w mi si� uda�o! I trzecia: Nigdy wi�cej!
      Pozwoli�em sobie na luksus kilku g��bokich oddech�w i otrz�sn��em si� lekko. Potem wyj��em z kieszeni Klejnot i na �a�cuchu podnios�em go do oka.
      Wewn�trz by� czerwony, oczywi�cie, g��bok�, wi�niow� czerwieni�, przydymion� i pe�n� l�nie�. Mia�em wra�enie, �e po drodze przez Wzorzec nabra� mocniejszego blasku. Przygl�da�em si� uwa�nie, my�l�c o instrukcjach i por�wnuj�c je z tym, co ju� wiedzia�em.
      Kiedy kto� przejdzie Wzorzec i dotrze do tego miejsca, mo�e go wykorzysta� i przenie�� si� w dowolny punkt, jaki zdo�a sobie wyobrazi�. Wymaga to jedynie ch�ci i aktu woli. Musz� przyzna�, �e przez moment czu�em l�k. Je�li oczekiwany efekt wyst�pi tak, jak zwykle, mog� sam si� wpakowa� w do�� niecodzienn� pu�apk�.
      Ale Erykowi si� uda�o. Nie zosta� uwi�ziony w sercu kryszta�u, gdzie� daleko w Cieniu. Dworkin, kt�ry pisa� te instrukcje, by� wielkim cz�owiekiem. Ufa�em mu. Uspokajaj�c my�li, uwa�niej wpatrzy�em si� we wn�trze kamienia.
      By�o tam zniekszta�cone odbicie Wzorca, otoczone migaj�cymi punktami �wiat�a, male�kie p�omyki i rozb�yski, przedziwne krzywe i �cie�ki. Podj��em decyzj�, zogniskowa�em wol�...
      Spowolniona czerwie�... jakbym zanurza� si� w oceanie cieczy o wysokiej lepko�ci. Z pocz�tku bardzo powoli. Unosi�em si� w coraz g�ciejszym mroku, a wszystkie cudowne �wiat�a l�ni�y daleko, bardzo daleko przede mn�. Pozorna pr�dko�� ros�a. P�atki �wiat�a, migotliwe i odleg�e. Chyba odrobin� szybciej - brakowa�o punktu odniesienia. By�em py�kiem ja�ni o nieokre�lonym wymiarze, �wiadomym ruchu, �wiadomym konfiguracji, ku kt�rej zmierza, teraz niemal pr�dko. Czerwie� prawie znikn�a, podobnie jak wra�enie istnienia o�rodka.
      Znikn�� op�r. P�dzi�em. Zdawa�o mi si�, �e wszystko to trwa tylko moment - moment, kt�ry jeszcze nie min��. Wydawa�o si� niezwyk�e, pozaczasowe. Moja pr�dko�� w stosunku do tego, co uznawa�em teraz za cel, by�a ogromna. Niewielki, spl�tany labirynt r�s�, rozszerza� si� w co� podobnego do tr�jwymiarowej wersji samego Wzorca. Nakrapiany barwnymi �wiat�ami r�s� przede mn�, przypominaj�c niezwyk�� galaktyk�, pogr��on� w wiecznej nocy, otoczon� blad� aureol� py�u, z ramionami tysi�cy migoc�cych punkt�w. Galaktyka ros�a lub ja mala�em i zbli�a�a si� lub to ja si� zbli�a�em, a� byli�my blisko, razem; wype�nia�a ca�� przestrze�, od g�ry do do�u, od prawej do lewej, a moja szybko�� zdawa�a si� stale rosn��. Pochwyci� mnie i oszo�omi� jej blask. Dostrzeg�em smug� �wiat�a i wiedzia�em, �e to jest pocz�tek.
      Znalaz�em si� zbyt blisko, zagubiony, by dostrzega� jeszcze og�lny uk�ad, ale sploty migotanie, sprz�enie wszystkiego, co widzia�em dooko�a, budzi�o w�tpliwo��, czy trzy wymiary to do��, by wyja�ni� osza�amiaj�c� zmys�y z�o�ono��, jak� mia�em przed sob�. Od galaktycznej analogii umys� przeskoczy� na przeciwny biegun, sugeruj�c niesko�czenie wymiarow� przestrze� Hilberta cz�stek subatomowych. By�o to jednak desperackie por�wnanie. Szczerze i zwyczajnie, nic z tego nie rozumia�em. Mia�em tylko coraz silniejsze wra�enie - wywo�ane przez Wzorzec czy mo�e instynktowne - �e musz� przej�� przez ten labirynt, by wkroczy� na nowy poziom mocy, jakiego pragn��em.
      Nie myli�em si�. Wessa�o mnie do wewn�trz, a moja pozorna szybko�� nie zmniejszy�a si� wcale. Przelatywa�em i wirowa�em po ognistych drogach, przebijaj�c niematerialne chmury l�nienia i blasku. Nie istnia�y tu obszary zwi�kszonego oporu jak we Wzorcu, a pocz�tkowy impet wystarcza�, by przenie�� mnie do centrum. Szale�cza podr� wirem po Mlecznej Drodze? Ton�cy wci�gni�ty mi�dzy �ciany koralowych kanion�w? Bezsenny wr�bel przelatuj�cy nad weso�ym miasteczkiem w noc Czwartego Lipca? Tak my�la�em, wspominaj�c niedawne przej�cie w tej niezwyk�ej, odmienionej formie. I na zewn�trz, po wszystkim, koniec, w rozb�ysku purpurowego �wiat�a, kt�re odnalaz�o mnie, gdy patrzy�em na siebie z Klejnotem w r�ku, obok Wzorca, potem patrzy�em na Klejnot, a Wzorzec by� w jego wn�trzu i we mnie, wszystko istnia�o we mnie, a ja w nim; czerwie� rozp�ywa�a si�, gas�a, znikn�a. Potem ju� tylko ja, Klejnot i Wzorzec, i na nowo odbudowane relacje podmiotowo - przedmiotowe, tyle �e o oktaw� wy�ej - tak chyba najlepiej mo�na to wyrazi� - poniewa� istnia�o teraz pewne porozumienie, jakbym uzyska� dodatkowy zmys�, dodatkowy �rodek wyrazu. Wra�enie by�o niezwyk�e i sprawia�o satysfakcj�. Aby je wypr�bowa�, raz jeszcze podj��em decyzj� i nakaza�em Wzorcowi, by przetransportowa� mnie gdzie indziej.
      A potem sta�em w komnacie na szczycie najwy�szej wie�y Amberu. Wyszed�em na zewn�trz, na male�ki balkon. Widok uderza� swym podobie�stwem do pozazmys�owej podr�y, kt�r� w�a�nie zako�czy�em. Przez kilka d�ugich chwil po prostu sta�em tam i patrzy�em. Morze odbijaj�ce cz�ciowo zachmurzone niebo, zabarwione blaskiem zachodu, by�o studium deseni. Chmury tak�e ukazywa�y wzory delikatnego l�nienia i ostrych cieni. Wiatr przesuwa� si� ku morzu i zapach soli by� mi chwilowo niedost�pny. Czarne punkty ptak�w wirowa�y i unosi�y si� w dali, ponad wod�. Pode mn� pa�acowe dziedzi�ce i tarasy miasta le�a�y rozwini�te w niezmiennej elegancji a� do kraw�dzi Kolviru. Ludzie na ulicach zdawali si� male�cy, niemal nierucbomi. Czu�em si� bardzo samotny.
      Wtedy dotkn��em Klejnotu i przywo�a�em burz�.